Wyobraź sobie, że w końcu to osiągnąłeś. Ten cel, do którego dążyłeś miesiącami albo latami. Awans, własna firma, upragniona stabilizacja finansowa, wreszcie uznanie od ludzi, których zdanie cenisz. Z zewnątrz życie wygląda dokładnie tak, jak sobie wymarzyłeś. A potem siedzisz wieczorem i myślisz: i co z tego? Czemu nie czuję tego, co czuć powinienem?
Mnóstwo ludzi przez to przechodzi. Tylko że mało kto o tym mówi głośno, bo brzmi to trochę jak narzekanie kogoś, komu się powodzi. Sukces miał przecież przynieść spokój, poczucie sensu, dumę z tego, co zbudowałeś. A tymczasem pojawia się kolejne napięcie, kolejny cel i ten sam wewnętrzny dialog: jeszcze nie teraz, jeszcze trochę brakuje.
Dla ambitnych ludzi, którzy naprawdę się starają i naprawdę wkładają serce w swoje działania, to bywa szczególnie dezorientujące. Skoro zrobiłem wszystko, co „powinienem zrobić”, dlaczego w środku nadal czuję niedosyt? Odpowiedź na to pytanie często nie leży w samym sukcesie, lecz w mechanizmie, który stoi za tym, jak go definiujemy.