Jest coś, co ludzkość przez tysiące lat doprowadzała do perfekcji w radzeniu sobie z emocjami. Trzy strategie, które każdy zna i każdy stosuje. Żadna z nich nie robi tego, na co liczymy.
Pierwsza to tłumienie. Zakopujesz to, co czujesz. Mówisz sobie "nie teraz", "nie będę o tym myśleć", "jestem silny, dam radę". To trochę jak wciśnięcie sprężyny w dół i trzymanie jej tam siłą — ręka w końcu się zmęczy. Z emocjami jest podobnie — najczęściej wychodzą w najmniej odpowiednim momencie — kiedy masz ważne spotkanie lub coś wreszcie zaczyna się układać.
Druga to wyrażanie — w wersji niekontrolowanej. Wyrzucasz z siebie emocje, krzyczysz, płaczesz, wysyłasz długiego SMS-a o 2 w nocy. Czujesz chwilową ulgę. Ale po jakimś czasie — emocja wraca. Bo wyrażenie bez uwolnienia to jak opróżnienie wiadra, które stoi pod cieknącym kranem — dopiero co odstawisz, a już jest pełne z powrotem.
Trzecia to ucieczka. I uwaga — ucieczka bywa genialna, bo potrafi wyglądać jak produktywność. Można uciekać od emocji, planując cały następny kwartał. Robiąc drugą kawę, trzecią. Odpisując na maile, które mogłyby poczekać. Wszystko, byle nie siedzieć z tym, co rzeczywiście czujesz.
Wszystkie trzy strategie mają jedno wspólne założenie: że emocja jest problemem, z którym trzeba coś zrobić — wcisnąć, wyrzucić, od niej uciec. A prawda jest zupełnie inna. Emocja nie jest problemem. Jest sygnałem. Czymś, co chce zostać zauważone. I paradoks polega na tym, że im bardziej z emocją walczysz, tym mocniej ona trzyma.